Il Prete Rosso, maestro di violino

Główna / Rozmaitości / Il Prete Rosso, maestro di violino

Wenecja, dokładnie 335 lat temu. 4. marca 1678. roku miały tam miejsce dwa wydarzenia godne uwagi – to mniej już teraz poruszające: nastąpiło trzęsienie ziemi, i to znacznie bardziej istotne: narodzin pierworodnego syna doczekał się miejscowy cyrulik, Giambattista Vivaldi. Cyrulik Giambattista poza pracą miał też pasję – grał na skrzypcach. Musiał być człowiekiem utalentowanym, ambitnym i zdeterminowanym, skoro mając już lat 30 i rodzinę z czwórką dzieci na utrzymaniu, mimo braku wykształcenia, koneksji i pieniędzy potrafił porzucić niezły fach i ze swojej pasji uczynić zawód – zatrudniono go jako skrzypka w bazylice Św. Marka.

vivaldiPierworodny Antonio, jak to zwykle bywało z najstarszymi synami w niezbyt zamożnych kręgach, został przeznaczony na księdza (co zapewniało darmową edukację), prawdopodobnie wbrew własnej woli. Ojciec jednak postarał się przekazać mu swoją pasję muzyczną, od wczesnych lat ucząc go gry na skrzypcach. I chyba był niezłym nauczycielem, skoro nic nie wiemy o tym, by Antonio kiedykolwiek uczył się u kogoś innego, a jego wirtuozerię podziwiała później cała Europa. Wiele z jego późniejszych kompozycji było na tyle wymagających technicznie, że stały się motorem rozwoju techniki skrzypcowej.

Antonio, wyświęcony na księdza w wieku 25 lat już w czasie pierwszego roku kapłaństwa został zwolniony ze sprawowania mszy z powodów zdrowotnych (obecnie przypuszcza się, że cierpiał od dzieciństwa na astmę). Być może zresztą ważniejszym powodem były krążące anegdotki o śmiesznym rudym księdzu, który nagle przerywa liturgię i pędzi na chwilę do zakrystii, żeby zapisać jakąś melodię, która właśnie przyszła mu do głowy.

Vivaldi jest obecnie znany przede wszystkim jako kompozytor “Czterech Pór Roku” i te właśnie koncerty weszły do kanonu powszechnie znanej muzyki klasycznej. Powstały jako ilustracja do cyklu sonetów, których autorstwo również przypisuje się Vivaldiemu. vivaldi 4 seasonsBynajmniej jednak nie był kompozytorem jednego utworu. W ciągu życia skomponował około 500 koncertów, wśród nich większość na instrument solowy i smyczki (w tym ok. 230 na skrzypce), prawie 100 sonat, oraz kilkadziesiąt oper (znamy około 30, ale w korespondencji sam Vivaldi wspomina o 94). Pokaźną grupę stanowią koncerty na kilka instrumentów solowych, w tym często rzadkich i nietypowych, jak np. kotły. Ta grupa dzieł Vivaldiego współcześnie jest bardzo rzadko wykonywana ze względu na trudności w skompletowaniu odpowiedniego zespołu solistów. Gdy widzimy zestaw np. “skrzypce, 2 rożki francuskie, timpani (rodzaj bębnów), 3 oboje, smyczki i klawesyn” albo “2 skrzypiec, 2 flety proste, 2 mandoliny, 2 chalumeaux, 2 theorbo, wiolonczela i smyczki” właściwie samo nasuwa się pytanie – kto to w ogóle grywał? Jakaż orkiestra była w stanie zapewnić taką liczbę solistów, grających doskonale na tak różnych instrumentach? Odpowiedź na to pytanie jest wręcz fascynująca. Otóż Vivaldi miał do swojej dyspozycji orkiestrę w Wenecji najlepszą z najlepszych, największą i najbardziej wszechstronną, mianowicie… dziewczęta z sierocińca.

Od wczesnego średniowiecza Wenecja, będąc wielkim centrum handlowym i kulturalnym i przyciągając przybyszów z całej Europy, była także stolicą nierządu i turystyki erotycznej. Z tego powodu problem niechcianych ciąż i porzucanych lub topionych w malowniczych kanałach noworodków był tam być może bardziej dojmujący niż gdziekolwiek na świecie. Już w XIV wieku powstały tam cztery “Ospedales” (dosł. szpitale) – instytucje będące jednocześnie klasztorem, szpitalem i przytułkiem dla sierot. Kobieta, która nie była w stanie zajmować się własnym dzieckiem mogła zostawić je w oknie w murze przytułku, mając pewność, że ktoś się nim zajmie. Dzieci były utrzymywane w sierocińcu do ukończenia 10. roku życia, następnie uczono je zawodu, dbając o to, by był to zawód przydatny i dobrze płatny. Dotyczyło to także dziewczynek, które kształcono jako farmaceutki, kucharki, koronkarki, szwaczki itp. a począwszy od połowy XVI wieku utalentowanych podopiecznych zaczęto kształcić także jako muzyków (w świecie, w którym niewiele było innych dostępnych rozrywek zawód muzyka był dość pewnym i przyzwoicie płatnym zajęciem). Część podopiecznych ospedales stanowiły dzieci weneckich możnych z nieprawego łoża, a szczodre datki “nieznanych” ojców z pewnością przyczyniały się do dobrego funkcjonowania tych instytucji. Jakość opieki i edukacji była tak wysoka, że zdarzało się, że ludzie całkiem majętni podrzucali własne dzieci do ospedales, aby zapewnić im dostęp do edukacji, jaką one oferowały, na koszt państwa i sponsorów. Musiała to być całkiem nierzadka praktyka, skoro doża wenecki zmuszony był wydać dekret, w którym groził ekskomuniką każdemu, kto mając środki na wychowanie dziecka porzuca je w ospedales.

W jednym z tych czterech sierocińców, przeznaczonym wyłącznie dla dziewcząt Ospedale Della Pietà swą pierwszą posadę jako nauczyciel skrzypiec otrzymał młody Antonio Vivaldi i szybko potem awansował na stanowisko maestro dei concerti. Pod dyrekcją Vivaldiego zespół o uznanej już renomie stał się najlepszą orkiestrą Wenecji a sam sierociniec właściwie pierwszym w Europie konserwatorium muzycznym. Orkiestra liczyła około 70 dziewcząt, w większości grających na więcej niż jednym instrumencie, co zapewniało możliwość ospedalerozmaitych układów orkiestrowych, z czego na pojedynczym koncercie występowało około 40. Koncerty w Ospedale Della Pietà stały się jedną z największych atrakcji turystycznych Wenecji, także papież i koronowane głowy przybywały by posłuchać koncertu w 100% żeńskiej orkiestry grającej za lekką draperią, co zapewniało odpowiednią skromność i nadawało tajemniczości i powabu. O nauce, zakupie instrumentów i repertuarze decydował wyłącznie Vivaldi. Mógł sobie pozwolić na każdy najrzadszy zestaw instrumentów, jaki mu się zamarzył – wiedział przecież, która z dziewcząt wystąpi. To właśnie dla tej orkiestry Vivaldi komponował przez prawie całe swoje życie, a zespół występował z nowym koncertem raz w tygodniu.

Wkrótce po śmierci Vivaldi został prawie zapomniany, podobnie zresztą jak Bach. I dopiero na fali powtórnego odkrywania Bacha, który podziwiał Vivaldiego, transkrybował jego koncerty na inne instrumenty i często inspirował się jego twórczością (dziś zapewne użylibyśmy słowa plagiat, ale wtedy zwyczaje były inne), gdy odkryto ponownie koncerty Vivaldiego w transkrypcji Bacha na klawesyn, zainteresowanie wzbudził także ich oryginalny kompozytor.

Większość dzieł Vivaldiego pozostawała zupełnie nieznana aż do lat 30-tych XX wieku, a historia ich odkrycia ma posmak wielkiej przygody. W 1926 roku salezjańska szkoła na prowincji potrzebowała trochę więcej miejsca w magazynach, więc postanowiła pozbyć się zalegających tam pudeł ze starymi manuskryptami, mając przy okazji nadzieję na uzyskanie jakiejś sumy ze sprzedaży tychże handlarzom antyków. Na szczęście salezjanie poprosili o szacunkową wycenę specjalistę z uniwersytetu w Turynie. Możemy sobie tylko wyobrażać, co poczuł prof. Gentili, rozpoczynając nudne zadanie wyceny starych manuskryptow i po otwarciu pierwszej paczki widząc, jeden na drugim, setki rękopisów Vivaldiego. Rękopisy należące do salezjan okazały się zdekompletowane, a odnalezienie i odzyskanie brakujących części, sprzedanych wcześniej innemu kolekcjonerowi zajęło profesorowi wiele lat i stało się dziełem jego życia. Ostatecznie jednak kolekcja 319 rękopisów Vivaldiego znajduje się w Bibliotece Turyńskiej.

Z pewnością nie są to wszystkie rękopisy Vivaldiego. Pod koniec życia zaprzestał on w ogóle publikowania swoich dzieł instrumentalnych, gdyż – jak tłumaczył przyjacielowi – więcej mógł zarobić sprzedając pojedynczo rękopisy. Z tego powodu zaginione dzieła Vivaldiego, przekazywane przez pokolenia, rozproszone po całym świecie, wciąż co jakiś czas są odnajdywane. Kto wie, może warto przeszukać strych?

A już na pewno warto posłuchać jak gra Vivaldiego Itzhak Perlman: